Myśli na papierze

Myśli na papierze

Dlaczego warto pisać, przelewać na papier swoje myśli, emocje, spostrzeżenia na wszelakie tematy, z otaczającej nas rzeczywistości, przeszłości? Czy to w pamiętniku, czy to w dzienniku, czy na zwykłej kartce papieru? Gdziekolwiek, gdzie jest miejsce na to, by dać w spokoju ujście temu, co w głębi nas drzemie. Niekiedy „to coś” usilnie chce się z nas wydostać, a my robimy wszystko tylko by do tego nie dopuścić. Skrywamy jakąś cząstkę siebie, która chce ujrzeć światło dzienne, chce się przed nami ukazać w całej okazałości.

Trudno się też dziwić, gdyż często jesteśmy instruowani poprzez mówców, szkoleniowców, nauczycieli rozwoju osobistego i duchowego, jak w sposób inteligentny, sprytny powiedziałabym, uciekać od złych myśli, zamieniać je natychmiast na inne, oby pozytywne. W jaki sposób skupiać uwagę, na czym tylko jest możliwość, z zewnątrz, aby nie poczuć tego, co jest w głębi nas. No tak, a kto zechciałby czuć lęk, strach, zazdrość, żal, gniew? Ucieczka jest czymś zrozumiałym, ale z czasem obserwujemy, że nie da się tak długo funkcjonować, że brakuje nam równowagi i zwyczajnie spokoju oraz sił do kolejnej ucieczki. Jakiego więc wyboru dokonać, by dowiedzieć się, co takiego chce nas dogonić i co ma nam do powiedzenia?

Ja od kilku lat stosuję tę metodę wyrażania i obserwacji siebie, która jest uznawana za jedną z najłatwiejszych dla nas, ale też istotnych, biorąc pod uwagę połączenie kinetyczne, jakim jest ręka i mózg w czasie pisania. W dobie rozwoju technologii, które uraczyły nas sprytnymi tabletami, smartfonami, komputerami, dochodzi do stopniowego ograniczenia ruchów i powolnej eliminacji naturalnej kinetyki ciała. W ramach odskoczni więc gdy tylko mam potrzebę i takie pragnienie ze mnie wypływa, siadam sobie gdzieś na chwilkę samą ze sobą i zapisuję wszystko, co uznaję za ważne i wartościowe dla mnie, dla rozwoju mojego istnienia, dla lepszego zrozumienia siebie, ale też innych.

Opowiem Wam, jak to się stało, że odkryłam tą wielką, niemal magiczną moc, jaką niesie ze sobą myśl przelana przez nas odręcznie na papier, nie na ekran monitora, bo to nie to samo, bynajmniej dla mnie…

Jest za mną pewien trudny dla mnie moment, na szczęście mogę mówić już o tym w formie przeszłej, moment, w którym byłam totalnie zagubiona, osamotniona, i totalnie nieszczęśliwa.
Ten odległy już czas był dla mnie pewnego rodzaju próbą i ogromną lekcją od losu. Chwile naznaczone niepewnością i ogromnym lękiem, a najgorsze było to, że nie potrafiłam do końca sprecyzować charakteru tego lęku, nie mówiąc już o samym jego źródle. Czułam, że nie mogę liczyć na zrozumienie ze strony kogokolwiek, mając na myśli nawet najbliższą rodzinę. Wiedziałam o istnieniu „czegoś” co zaciąga mnie w dół, nie pozwalając przy tym oddychać pełną piersią. Czułam się przytłoczona przez problem, o którym świadomie nie zdawałam sobie sprawy.
Objawiało się to stanami depresyjnymi, o różnym nasileniu, silnymi lękami, strachem przed ludźmi, przestrzenią, która była mi zupełnie obca i odrealniona, czułam się tak nawet w miejscach, które znałam i wcześniej odwiedzałam.
Tkwiąc samotnie w tym stanie, nie wiedziałam jak długo jeszcze będę mogła to znosić, jak długo dam radę. Obawiałam się wszystkiego, a rozwiązania nie było widać, znikąd żadnej pomocy, o którą też nie miałam odwagi poprosić.

Trwało to dobrych, kilkanaście miesięcy, mówię jedynie o tej „kumulacji”, nie o tej kuli, która się zaczęła toczyć już dawno temu i, która też dawała o sobie już bardzo dawno temu znać.
W końcu przyszedł taki czas, chwila, w której ja, pogłębiona w swoim bólu, bólu, który dotykał każdej sfery mojego istnienia, byłam gotowa już poddać się i nie walczyć już z tym, co siało spustoszenie w moim życiu. Doznałam jakby olśnienia, wpadła mi do głowy myśl, którą natychmiast miałam potrzebę zatrzymać, jakbym chciała się jej przyjrzeć jeszcze raz. Głębia tego przekazu, jaki spadł na mnie sprawiła, że odruchowo zeskoczyłam z fotela i sięgając po kartkę i długopis, zaczęłam zapisywać wszystko to, co tak mocno trzymałam w myślach już dobrych kilka chwil.

Moją intencją było zapisanie tej informacji, która przyszła do mnie nie wiadomo skąd (na tamten moment stanowiło to niewiadomą, teraz już wiem, że to była ta sama boska moc i mądrość, która sprawia, że oddycham nie musząc jednocześnie o tym pamiętać).

No i nie skończyło się tym razem na zapisaniu jednej, dosadnej myśli. Tego dnia, poczyniłam wielki krok naprzód, pozwalając na to by wszystko to, co sprawia mi ból, mogło ze mnie wyjść i opowiedzieć o sobie. Nie pamiętam ile kartek zajęło to wszystko w moim czerwonym notesiku, ale trochę się tego uzbierało.
Pisząc to wszystko wylałam z siebie, i jak to się mówi tony łez i z każdą następną stroną, z każdą nowo zapisaną kartką czułam się coraz lżej, jakby ten cały mrok opuszczał moje ciało a na mojej twarzy poczułam ciepłe i jasnożółte promienie Słońca. Moje ciało rozluźniło się a całe jego wnętrze pokrywało jakieś dziwne ciepło.
Ta chwila była tak wielkim ukojeniem dla mnie, moc tego była dla mnie w pewnym sensie tonowana niedowierzaniem, że taką ulgę mogłam poczuć, po tym wszystkim, co było wcześniej.

Nie poddając tego stanu kolejnej analizie usnęłam, nie wiem na jak długo, a gdy już obudziłam się z tego jakże spokojnego snu, poczułam się jakbym wróciła z jakiejś wielkiej wyprawy, co oznaczała ogromne zmęczenie, ból wszystkich mięśni i ogromny głód.
Kiedy już porządnie nasyciłam się i mój apetyt dał o sobie zapomnieć, nalałam gorącej wody do wanny i przypomniałam sobie o moim czerwonym, błyszczącym notesie. Musiałam po niego pójść, nie z obawy, że ktoś mógłby do niego zajrzeć, a raczej tylko po to, by upewnić się, że to, co się wydarzyło, rzeczywiście miało miejsce. I to nie był sen, jak się okazało. Zanurzyłam się w pachnącej, gorącej niemal wodzie i zaczęłam czytać, wszystko to, co udało mi się poprzedniego dnia zapisać.
Niewiarygodnym był dla mnie fakt, iż wszystko układało się w tak logiczną, niebywale sensowną całość. Jeszcze raz zatem oddałam się w posiadanie tej cudownej uldze i spokojowi, który we mnie trwał, już jakby nie patrzeć od ładnych kilkunastu godzin.
Co takiego się stało? Co takiego sprawiło, że poczułam się lepiej? Lepiej to mało powiedziane. Czułam się niesamowicie lekko, czułam jakiś rodzaj wolności, no i spokój.
Spokój, gdyż zrozumiałam, odnalazłam „traumę”, która nie chciała dać o sobie zapomnieć, byłam całkowicie oddana walce z tym, co tak właściwie chciało do mnie przyjść, aby pokazać mi, dlaczego cierpię, co jest źródłem mojego bólu.
Był to proces pierwszej takiej podróży w głąb siebie i pierwszy raz, kiedy to poczułam na sobie co właściwie oznacza przebaczenie. Przebaczenie sobie oraz innym, którym dotąd nie potrafiłam przebaczyć.
To była niezwykła dla mnie przygoda, szalenie inspirująca, przygoda, której jestem wierna do dziś.

Polecam więc każdemu, każdemu, kto choć raz dał mi do zrozumienia, że chce coś zmienić, naprawić, zrozumieć.
Prawda, która żyje w nas musi stanąć oko w oko z nami tu i teraz, tylko w ten sposób możesz cokolwiek zrozumieć i podjąć świadome kroki naprzód.

Prawda nas wyzwoli, tylko prawda. Więc ja już nie uciekam przed nią. Mam w posiadaniu odwagę i moc, aby z każdą prawdą się zmierzyć.

Mam nadzieję, że odpowiedziałam dość sensownie na pytanie, czy warto przelewać na papier to, co w danej chwili czujemy za stosowne i pomocne.
Tak, zdecydowanie warto. Jestem przekonana, że to jest bardzo pomocna metoda w obserwacji samego siebie, co stanowi punkt wyjścia w zrozumieniu własnych zachowań, przekonań, wszelkich nawyków w myśleniu i postrzeganiu rzeczywistości. Jeśli nie zrozumiesz jakie ziarno w Tobie jest zasiane, nie będziesz nigdy wiedzieć jakiego owocu możesz się spodziewać.

Monika Zmarzlińska

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *